ATP Montpellier: Hurkacz zwycięski w starciu z Wawrinką. Przegląd wydarzeń i zapowiedź kolejnych spotkań
Wrocławianin w świetnym stylu zaznaczył swoją obecność na kortach, co potwierdza ostatni wynik jego starcia ze Stanem Wawrinką. Hubert Hurkacz rozstrzygnął ten pojedynek na swoją korzyść w trzech setach, zwyciężając 2:1. Choć drugi set padł łupem utytułowanego Szwajcara (3:6), Polak kontrolował przebieg meczu w pierwszej i decydującej partii, wygrywając je pewnie do trzech. To zwycięstwo jest niezwykle istotne w kontekście budowania pewności siebie, zwłaszcza że wrocławianin wraca do regularnej gry w cyklu ATP po przerwie spowodowanej kontuzją.
Tradycja halowego grania we Francji
Turniej w Montpellier od lat zajmuje stałe miejsce w kalendarzu tuż po wielkoszlemowym Australian Open, niezmiennie dostarczając kibicom tenisa halowego na najwyższym poziomie. Tegoroczna edycja nie stanowi wyjątku, a drugi dzień zawodów zapowiada się pasjonująco, oferując dokończenie pierwszej rundy i kilka zestawień, które mogą przynieść sporo emocji.
Analiza nadchodzących pojedynków
Ciekawie zapowiada się rywalizacja Titouana Drogueta z Janem Choinskim. Obaj panowie spotkali się niedawno w pierwszej rundzie kwalifikacji do Australian Open, gdzie górą był Droguet, wygrywając w dwóch dość wyrównanych setach. Francuz, grający przed własną publicznością, ponownie staje w roli faworyta, choć różnica klas między tymi zawodnikami jest niewielka. Należy spodziewać się zaciętego boju, w którym o wyniku zadecydują detale i dyspozycja w kluczowych momentach.
Z kolei w starciu Andrei Vavassoriego z Ugo Blanchetem trudno wskazać jednoznacznego zwycięzcę. Włoch jest uznawany za jednego z czołowych deblistów świata, jednak w grze pojedynczej nie dominuje już tak wyraźnie. To otwiera szansę przed Blanchetem, któremu dodatkowego wiatru w żagle mogą dodać trybuny. Ostateczny wynik będzie prawdopodobnie zależał od tego, kto zachowa więcej zimnej krwi przy najważniejszych piłkach, choć lokalny atut daje minimalną przewagę Francuzowi.
Faworyci i powroty do przeszłości
Na kort w Montpellier wyjdzie również Aleksandar Kovacevic, dla którego ten obiekt ma szczególne znaczenie. To właśnie tutaj w ubiegłym roku rozegrał prawdopodobnie najlepszy turniej w karierze, eliminując w półfinale Andrieja Rublowa i ulegając w finale Felixowi Auger-Aliassime dopiero po tie-breaku w trzecim secie. Amerykanin z pewnością liczy na powtórzenie tego sukcesu. Losowanie pierwszej rundy okazało się dla niego łaskawe – jego rywalem będzie Moise Kouame, zajmujący odległe 551. miejsce w rankingu, co czyni Kovacevica murowanym faworytem tego spotkania.
Wspomniany wcześniej Hubert Hurkacz, po zwycięstwie nad Wawrinką, w kolejnym etapie zmierzy się z Martinem Dammem. Halowe korty twarde to nawierzchnia, na której Polak czuje się wyśmienicie i jest na niej wyjątkowo groźny dla każdego rywala. Kluczem do sukcesu będzie funkcjonowanie jego potężnego serwisu. Patrząc na turniejową drabinkę, Hurkacz wyrasta na jednego z głównych kandydatów do wzniesienia trofeum w najbliższą niedzielę.
Zimowy paraliż na Bernabeu. Puste okienko transferowe i pożegnanie z Xabim Alonso w cieniu popisu młodzieży
Real Madryt ma za sobą wyjątkowo burzliwy styczeń, który wstrząsnął posadami klubu. Choć na boisku działo się wiele, w gabinetach dyrektorskich panowała zastanawiająca cisza. Hiszpański gigant zamknął zimowe okno transferowe bez ani jednego wzmocnienia, mimo że plaga kontuzji w formacji defensywnej oraz bolesne porażki wyraźnie obnażyły braki w głębi składu.
Bilans otwarcia roku jest dla „Królewskich” brutalny. 12 stycznia, bezpośrednio po przegranym finale Superpucharu Hiszpanii z Barceloną, z posadą trenera pożegnał się Xabi Alonso. Zastąpił go Alvaro Arbeloa, jednak efekt nowej miotły nie zadziałał. Już w debiucie nowy szkoleniowiec musiał przełknąć gorycz porażki w Pucharze Króla z Albacete – zespołem znajdującym się wówczas w strefie spadkowej drugiej ligi. Czarę goryczy przelała niedawna przegrana 2:4 z Benficą, która zepchnęła madrytczyków z czołowej ósemki Ligi Mistrzów do strefy barażowej, zmuszając zmęczony zespół do rozegrania dodatkowych spotkań.
Przebłysk nadziei na koniec rundy
Analizując obecny kryzys, warto jednak wrócić do momentu, w którym wydawało się, że drużyna pod wodzą Alonso wciąż ma potencjał, by walczyć o najwyższe cele. Było to ostatnie spotkanie pierwszej rundy przeciwko Realowi Betis – mecz, który odbył się jeszcze przed ostatecznym tąpnięciem formy i zmianą na ławce trenerskiej.
Sytuacja przed tym starciem była napięta. Sobotnia wygrana FC Barcelony sprawiła, że „Królewscy” tracili do lidera La Ligi już siedem punktów. Na kolejne potknięcie wicemistrzowie Hiszpanii nie mogli sobie pozwolić, a Xabi Alonso stał przed nie lada wyzwaniem. Uraz kolana wykluczył z gry Kyliana Mbappe, co zmusiło baska do postawienia w ataku na Gonzalo Garcię. 21-latek, który świetnie zaprezentował się wcześniej w Klubowych Mistrzostwach Świata, wciąż czekał na swoje debiutanckie trafienie w lidze.
Młody napastnik nie tylko udźwignął presję, ale stał się absolutnym bohaterem wieczoru, w końcu spełniając swoje marzenia. Real Madryt od pierwszego gwizdka uzyskał zdecydowaną przewagę, praktycznie nie dopuszczając gości pod bramkę strzeżoną przez Thibauta Courtois.
Koncertowa gra zmienników
Napór gospodarzy przyniósł efekt w 20. minucie. Rodrygo precyzyjnie dośrodkował z rzutu wolnego z lewej flanki, a przy dalszym słupku najlepiej ustawił się Garcia, otwierając wynik skutecznym uderzeniem głową. Prawdziwy popis skuteczności nastąpił jednak po zmianie stron. Drużyna Alonso potrzebowała zaledwie kwadransa, by rozstrzygnąć losy rywalizacji.
W 50. minucie Federico Valverde obsłużył Garcię podaniem z prawej strony, a ten, przyjmując piłkę w okolicy linii pola karnego, precyzyjnie przymierzył przy słupku. Zaledwie trzy minuty później było już 3:0. Tym razem Rodrygo dośrodkował z rzutu rożnego, a Raul Asencio – kolejny przedstawiciel młodego pokolenia – głową posłał piłkę w samo okienko bramki Alvaro Vallesa.
Goście z Sewilli mieli swoje momenty dopiero przy wysokim prowadzeniu gospodarzy. W 62. minucie Giovani Lo Celso obił słupek po stałym fragmencie gry, ale cztery minuty później Cucho Hernandez wykorzystał sytuację sam na sam, wymanewrował obronę i honorowo trafił do siatki. Betis uwierzył, że może jeszcze namieszać, a w 77. minucie Rodrigo Riquelme groźnym strzałem z dystansu ponownie sprawdził wytrzymałość słupka bramki Courtois.
Wszelkie wątpliwości rozwiał jednak finisz w wykonaniu młodzieży. W 83. minucie Arda Guler obsłużył podaniem Gonzalo Garcię, który z piątego metra skompletował efektownego hat-tricka, ustalając wynik spotkania.
Strategia czy zaniechanie?
Tamten wieczór pokazał, że w kadrze drzemie potencjał, jednak zarząd klubu uznał go za wystarczający, by nie dokonywać żadnych ruchów transferowych w zimie. Jedyną zmianą w kadrze było tymczasowe odejście Endricka do Lyonu. Władze klubu zablokowały nawet potencjalne wypożyczenie Frana Garcii do Bournemouth, mimo niestabilnej sytuacji wewnątrz drużyny.
Stanowisko klubu jest jasne: rynek zimowy jest zbyt napompowany, a dostępne opcje zbyt kosztowne. Ostatnim dużym transferem przeprowadzonym przez Real w tym okresie pozostaje sprowadzenie Brahima Diaza z Manchesteru City w 2019 roku. Kierownictwo na Bernabeu wciąż wierzy, że obecna kadra jest na tyle kompletna, by walczyć o La Ligę i Ligę Mistrzów. Patrząc jednak na ostatnie wyniki pod wodzą Arbeloi i rosnącą liczbę minut w nogach kluczowych graczy, decyzja o braku inwestycji może okazać się kluczowym błędem tego sezonu.
Rewolucja techniczna w F1, powrót numeru 3 i niespełnione obietnice Hamiltona. Przegląd wydarzeń
Formuła 1 to wspaniały sport, ale nie ma co ukrywać – próg wejścia dla nowego kibica bywa wysoki. Główną przyczyną jest techniczne skomplikowanie tej dyscypliny, gdzie inżynieria i nauka odgrywają rolę równie istotną, co talent kierowcy. Aby w pełni zrozumieć, co dzieje się na torze, trzeba przyswoić masę skrótów i pojęć. I właśnie w momencie, gdy większość fanów w końcu zrozumiała działanie systemu DRS (systemu redukcji oporu powietrza), władze sportu postanowiły wywrócić wszystko do góry nogami.
Nowe regulacje nie tylko uśmiercają DRS, ale wprowadzają całkowicie nowe słownictwo, które ma prawo przyprawić o zawrót głowy. Znikają tunele wykorzystujące efekt przyziemny wprowadzone w 2022 roku, a także charakterystyczne owiewki nad kołami. Zastąpią je nowe rozwiązania mające na celu jedno: sprawienie, by bolidy były bardziej „wyścigowe”, co w teorii ma przełożyć się na większą liczbę manewrów wyprzedzania. Zamiast otwieranego skrzydła, które działało tylko, gdy kierowca tracił mniej niż sekundę do rywala, otrzymujemy teraz „aktywną aerodynamikę”. Kluczowa różnica polega na tym, że ruchome elementy będą pracować we wszystkich samochodach na każdym okrążeniu, a nie tylko w określonych strefach. Zespoły eksperymentowały już z dość dziwacznie wyglądającymi wersjami tego systemu podczas testów po sezonie, co zwiastuje sporą rewolucję wizualną.
Przycisk „Boost” i tryb wyprzedzania
Na tym jednak nie koniec zamieszania. Kierowcy nadal będą dysponować dodatkową mocą z systemów odzyskiwania energii (ERS), ale od teraz funkcja ta zyskała nową, marketingową nazwę: przycisk „Boost”. Trzeba przyznać, że to akurat zmiana na plus – nazwa jest przystępna i nie pozostawia wątpliwości co do swojego działania: kierowca wciska guzik i uwalnia energię zgromadzoną w bateriach. Sprawa komplikuje się jednak w kontekście roku 2026, kiedy to do arsenału dojdzie kolejne narzędzie, nazwane oficjalnie „Trybem Wyprzedzania” (Overtake Mode).
Tutaj wkrada się pewien chaos terminologiczny. W poprzednich latach inżynierowie często nazywali to, co teraz jest przyciskiem „Boost”, właśnie „przyciskiem wyprzedzania”, ponieważ do tego głównie służył. Co ironiczne, drugim kluczowym zastosowaniem tej funkcji jest… obrona przed byciem wyprzedzonym. Kibice będą musieli więc szybko przyzwyczaić się do nowej nomenklatury, by nie zgubić się w trakcie transmisji.
Rotacje numerów startowych na szczycie
Zmiany w przepisach to nie jedyna nowość, jaka czeka nas w nadchodzącym czasie. Istne trzęsienie ziemi nastąpiło w kwestii numerów startowych czołowych kierowców. Lando Norris, który po zaciętej walce odebrał tytuł mistrzowski Maxowi Verstappenowi, zdecydował się skorzystać z przywileju czempiona i zamieni swój stały numer 4 na mistrzowską „jedynkę”. To z kolei uruchomiło lawinę zmian dla byłego mistrza świata.
Max Verstappen, czterokrotny czempion, wraca do swojego ulubionego numeru 3. Holender używał „jedynki” przez ostatnie cztery sezony jako obrońca tytułu, ale po przegranej z kierowcą McLarena musiał z niej zrezygnować. Co ciekawe, numer 3 od 2014 roku należał do Daniela Ricciardo. Zgodnie z przepisami, Verstappen musiałby czekać kolejny rok na zwolnienie tego numeru, jednak Australijczyk, który zakończył karierę w 2024 roku, dał zielone światło na wcześniejsze przekazanie swojej „trójki”. Max przyznał w wywiadzie, że „trójka” zawsze była jego ulubioną liczbą, zaraz po „jedynce”. Zmiany dotkną też debiutantów – Arvid Lindblad, jedyny nowy kierowca w stawce na przyszły rok, pojedzie z numerem 41, który nigdy wcześniej nie był używany w obecnym systemie stałych numerów.
Zimowa przerwa Hamiltona w blasku fleszy
Podczas gdy rywale zajmują się logistyką i nowymi regulacjami, Lewis Hamilton mierzy się z własnymi wyzwaniami, choć innej natury. Brytyjczyk ma za sobą trudny debiutancki sezon w barwach Ferrari. Mimo ogromnego entuzjazmu towarzyszącego jego przejściu z Mercedesa do włoskiej stajni pod koniec ubiegłego roku, kampania 2025 nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Po finałowym wyścigu sezonu zmęczony kierowca deklarował chęć całkowitego odcięcia się od świata. W rozmowie z mediami w Abu Zabi obiecywał, że nikt nie będzie miał z nim kontaktu, a on sam zamierza funkcjonować „poza matrixem”, bez telefonu w ręku.
Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Zaledwie chwilę po rozpoczęciu zimowej przerwy, Hamilton został przyłapany w sklepie marki Lululemon, której jest ambasadorem. Promując nową kolekcję „The Lewis Hamilton Edit”, kierowca Ferrari nie tylko nie porzucił telefonu, ale aktywnie pozował do selfie i nagrywał materiały dla swoich obserwujących. Wygląda na to, że nawet po rozczarowującym sezonie w Scuderii, obowiązki marketingowe i siła mediów społecznościowych są silniejsze niż potrzeba cyfrowego detoksu.
Nocna batalia o półfinał i inwestycja w przyszłość. Dwa oblicza Igi Świątek
Wielkoszlemowy US Open wkracza w decydującą fazę, a oczy polskich kibiców ponownie zwrócone są na korty w Nowym Jorku. Iga Świątek, liderka światowego rankingu, staje przed szansą awansu do półfinału prestiżowego turnieju. Jednak rywalizacja o kolejne tytuły to tylko jeden z wymiarów działalności polskiej mistrzyni. Równolegle, wykorzystując swoją pozycję i doświadczenie, tenisistka aktywnie buduje fundamenty pod rozwój przyszłych pokoleń sportowców nad Wisłą.
Starcie o strefę medalową
Dla fanów tenisa w Polsce nadchodzący pojedynek oznacza konieczność zarwania nocy. Mecz ćwierćfinałowy pomiędzy Igą Świątek a Jessicą Pegulą został zaplanowany w nocy ze środy na czwartek (4/5 września). Tenisistki mają pojawić się na korcie o godzinie 1:00 czasu polskiego. Stawką spotkania jest nie tylko awans do czołowej czwórki turnieju, ale także potwierdzenie dominacji raszynianki na twardej nawierzchni.
Historia bezpośrednich starć przemawia na korzyść Polki. Zawodniczki rywalizowały ze sobą dotychczas dziewięć razy, z czego aż sześciokrotnie górą była Świątek. Co istotne, większość tych pojedynków odbyła się na kortach twardych, a kibice z pewnością pamiętają zwycięstwo Igi nad Pegulą właśnie podczas US Open dwa lata temu. Mimo roli faworytki, mecze na tym etapie Wielkiego Szlema rządzą się swoimi prawami, a Amerykanka przed własną publicznością będzie groźną rywalką.
Gdzie śledzić wydarzenia z Nowego Jorku?
Transmisję telewizyjną ze spotkania przeprowadzi stacja Eurosport. Widzowie preferujący media cyfrowe będą mogli obejrzeć mecz w internecie za pośrednictwem platformy Max, po wykupieniu odpowiedniego pakietu subskrypcji. Alternatywą dla transmisji wideo jest darmowa relacja tekstowa LIVE, którą zapewni portal WP SportoweFakty, umożliwiając śledzenie wyniku punkt po punkcie.
Wsparcie dla młodych talentów
Podczas gdy Iga Świątek walczy o kolejne trofea w USA, jej fundacja realizuje kluczowe projekty w kraju. Tenisistka, będąca obecnie jedną z najlepiej zarabiających sportsmenek na świecie (według rankingów Forbes i Sportico ustępuje jedynie Coco Gauff i Arynie Sabalence), postanowiła podzielić się swoim sukcesem z obiecującymi juniorami. W ramach nowo uruchomionego programu stypendialnego Fundacja Igi Świątek przyznała granty o łącznej wartości blisko pół miliona złotych.
Celem inicjatywy jest stworzenie bezpiecznej przestrzeni, w której młodzi ludzie mogą realizować swoje pasje i świadomie planować przyszłość. Stypendia trafiły do piątki utalentowanych sportowców w wieku od 15 do 22 lat. W gronie wyróżnionych znaleźli się: Ignacy Andrzejczak (mistrz U-20 w biegach płotkarskich), Wiktor Chmurski (kadrowicz w pływaniu), Liwia Kubin (multimedalistka w łyżwiarstwie szybkim), Jan Pyla (golfista z kadry juniorskiej) oraz Oliwia Sybicka (czołowa polska tenisistka do lat 16).
Holistyczne podejście do kariery
Wsparcie, które otrzymają laureaci, wykracza daleko poza aspekty finansowe. Program, który wystartuje w styczniu i potrwa 12 miesięcy, zakłada kompleksową opiekę merytoryczną. Młodzi adepci sportu będą mogli korzystać z wiedzy sztabu szkoleniowego, który na co dzień pracuje na sukcesy Igi Świątek. Do ich dyspozycji będą m.in. fizjoterapeuta Maciej Ryszczuk, psycholog sportu Daria Abramowicz, lekarz ortopeda Mateusz Dawidziuk oraz menedżerki Alina Sikora i Daria Sulgostowska.
Podczas spotkania z laureatami w warszawskim hotelu Verte, Świątek podkreślała, jak istotne jest łączenie wsparcia finansowego z dostępem do eksperckiej wiedzy. Warsztaty towarzyszące wręczeniu stypendiów skupiały się na budowaniu wizerunku, współpracy ze sponsorami oraz zrównoważonym rozwoju sportowym. Inicjatywa ta pokazuje, że liderka rankingu WTA, mając zaledwie 24 lata, doskonale rozumie mechanizmy rządzące współczesnym sportem i chce ułatwić wejście na szczyt swoim następcom.
Mistrzostwo Big Ten na wyciągnięcie ręki. Nebraska deklasuje Iowę
Zajmująca pierwsze miejsce w krajowym rankingu drużyna siatkarek z Nebraski (27-0, 17-0) nie zwalnia tempa. W czwartkowy wieczór, grając przed własną publicznością, Huskers pewnie pokonały ligowego sąsiada, zespół Iowa Hawkeyes, nie tracąc przy tym ani jednego seta. Był to wyjątkowy wieczór w hali Devaney Center, która po raz 350. z rzędu wypełniła się do ostatniego miejsca, co stanowi niesamowity rekord frekwencji. Zwycięstwo to ma kluczowe znaczenie – pozwoliło Nebrasce zapewnić sobie co najmniej współdzielenie tytułu mistrza konferencji Big Ten, co zdarza się temu zespołowi już trzeci rok z rzędu.
Przebieg spotkania
Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia faworytek. Nebraska szybko narzuciła swój rytm gry w pierwszym secie, wygrywając go zdecydowanie 25:15 po solidnym występie obu formacji. Znacznie więcej emocji przyniosła druga partia, w której drużyna z Iowy postawiła twarde warunki. Hawkeyes, mimo bycia skazywanym na porażkę (bilans 14-15), walczyły punkt za punkt, doprowadzając do nerwowej końcówki w strefie „redzone”. Ostatecznie jednak to gospodynie zachowały zimną krew w kluczowych momentach, zwyciężając 25:21 i obejmując prowadzenie 2:0 w meczu.
W trzecim secie rywalki próbowały jeszcze odwrócić losy spotkania, wymieniając ciosy z Nebraską i momentami niwelując przewagę gospodyń (seria 3:0 dla Iowy przy stanie 5:4). Jednak jakość gry lidera tabeli okazała się decydująca. Wykorzystując błędy przeciwniczek, Huskers systematycznie budowały przewagę, by ostatecznie zamknąć mecz wynikiem 25:18. Tym samym Nebraska śrubuje swój historyczny bilans przeciwko Iowie do imponującego 41-0, wygrywając 16 z 17 dotychczasowych spotkań konferencyjnych bez straty seta.
Dominacja w statystykach
Przewaga Nebraski była widoczna niemal w każdym elemencie rzemiosła siatkarskiego. Zespół zakończył zawody z wysoką skutecznością ataku na poziomie .384, notując 45 skończonych piłek przy 86 próbach. Dla porównania, defensywa gospodyń ograniczyła Iowę do zaledwie .073 skuteczności i 29 punktów w ataku. Statystyki uzupełniło 34 obron, dziewięć bloków oraz sześć asów serwisowych.
Liderką ofensywy okazała się Harper Murray, która zapisała na swoim koncie 11 punktów (skuteczność 11 z 23), dokładając do tego sześć obron, blok i asa. Tuż za nią uplasowała się Andi Jackson z 10 punktami przy znakomitej skuteczności 60% oraz Virginia Adriano, która do 9 ataków dołożyła trzy asy i trzy bloki. Na wyróżnienie zasługuje wszechstronna gra Bergen Reilly. Rozgrywająca Nebraski nie tylko rozdała 34 asysty, ale była też najlepsza w defensywie (siedem obron) i skuteczna na siatce (cztery bloki).
Historyczna szansa
Czwartkowy triumf stawia Nebraskę w komfortowej sytuacji przed końcówką sezonu regularnego. Jeśli zespół wygra jeszcze jeden mecz, zdobędzie tytuł konferencji na wyłączność. Byłoby to pierwsze takie osiągnięcie od lat 2004-2008, kiedy to Huskers seryjnie dominowały w lidze. Stawka jest wysoka również dla trenerki Dani Busboom Kelly, która ma szansę zapisać się w historii jako pierwszy szkoleniowiec Big Ten, który sięgnął po tytuł mistrzowski już w swoim debiutanckim sezonie w roli głównego trenera na uczelni.
W swoim ostatnim wyjazdowym meczu sezonu zasadniczego Nebraska uda się na wschód, by w niedzielny wieczór zmierzyć się z zajmującą 17. miejsce w rankingu Indianą. Pierwszy gwizdek zaplanowano na godzinę 17:00, a transmisję przeprowadzi platforma B1G+
Djoković znowu ponad legendami. Słodko-gorzki finisz sezonu serbskiego mistrza
Temat emerytury Novaka Djokovicia powraca w mediach jak bumerang od dobrych dwóch lat. Wraz z powolnym wygaszaniem karier przez Rogera Federera i Rafaela Nadala, kibice tenisa mimowolnie szykują się na zamknięcie pewnej epoki. Jednak mimo spekulacji, a czasem nawet sugestii płynących z obozu samego Serba, ostatnie osiągnięcia tenisisty z Belgradu dobitnie świadczą o tym, że czas pożegnania jeszcze nie nadszedł. Mimo zbliżających się 39. urodzin, Djoković wciąż potrafi pisać historię na nowo, zostawiając swoich odwiecznych rywali w tyle.
Cień kontuzji i trudna rywalizacja z młodym pokoleniem
Końcówka sezonu 2025 nie potoczyła się po myśli lidera rankingu wszech czasów. Wycofanie się z turnieju Nitto ATP Finals z powodu urazu barku było bolesnym ciosem, uniemożliwiającym walkę o kolejne trofeum w Turnieju Mistrzów. Patrząc szerzej na minione miesiące, widać wyraźnie, że wiek momentami daje o sobie znać, a napór młodej gwardii jest coraz silniejszy.
Analiza wyników z ostatnich sezonów pokazuje, jak zacięta stała się rywalizacja na szczycie. Porażka w finale US Open 2025 z Carlosem Alcarazem czy wcześniejsza przegrana w decydującym starciu Wimbledonu z Jannikiem Sinnerem (3:0) to sygnały, że nowa generacja nie ma kompleksów wobec mistrza. Również na kortach Roland Garros Sinner okazał się zaporą nie do przejścia, a rok wcześniej w Paryżu triumfował Alcaraz. Mimo tych bolesnych lekcji i fizycznych ograniczeń, Djoković wciąż potrafi znaleźć w sobie rezerwy, by dokonywać rzeczy niemożliwych.
Nowy rekord „Wielkiej Trójki”
W cieniu problemów zdrowotnych Djoković zanotował osiągnięcie, które cementuje jego pozycję w dyskusji o tytuł najlepszego tenisisty w historii (GOAT). Serb po raz szesnasty w karierze zakończył sezon w czołowej czwórce rankingu ATP. To wynik bez precedensu. Do tej pory dzielił ten rekord z Federerem i Nadalem – obaj legendarni gracze finiszowali w Top 4 piętnastokrotnie. Teraz Djoković jest w tej statystyce samodzielnym liderem.
Warto przyjrzeć się strukturze tego wyczynu. Aż osiem razy Serb kończył rok jako lider rankingu światowego, co samo w sobie jest osobnym rekordem. Jego obecność w ścisłej czołówce to historia niesamowitej regularności, która rozpoczęła się jeszcze w 2007 roku (3. miejsce) i trwała przez kolejne dekady, obejmując dominację w latach 2011-2015 czy powroty na szczyt w sezonach 2018, 2020, 2021 i 2023. Nawet trudniejszy rok 2025, zakończony na 4. pozycji, jest dowodem jego niesłabnącej klasy.
Matematyka dominacji
Prześcignięcie Federera i Nadala w statystyce rankingowej to tylko kolejny element układanki. Djoković już wcześniej zdystansował rywali w kluczowych kategoriach: ma na koncie 24 tytuły wielkoszlemowe (wobec 20 Federera i 22 Nadala) oraz 40 zwycięstw w turniejach rangi Masters (Federer 28, Nadal 36). Co więcej, Serb jako jedyny w historii skompletował tzw. Career Golden Masters, wygrywając wszystkie dziewięć turniejów rangi Masters 1000. Co zupełnie niebywałe, dokonał tego dwukrotnie, podczas gdy jego wielcy oponenci nigdy nie osiągnęli tego pułapu nawet raz.
Pościg za setką i rekordem Federera
Choć sezon 2025 miał swoje gorzkie momenty, przyniósł też chwile chwały. Zwycięstwo w Genewie – gdzie w drodze po tytuł pokonał m.in. Huberta Hurkacza – było symbolicznym momentem, oznaczającym zdobycie setnego trofeum w karierze. Niedługo później, triumfując w Atenach, dołożył do gabloty tytuł numer 101.
W tej perspektywie cel na rok 2026 wydaje się jasny. Roger Federer zakończył karierę z licznikem 103 wygranych turniejów (Rafael Nadal zatrzymał się na 92). Djokoviciowi brakuje zaledwie dwóch zwycięstw, by wyrównać osiągnięcie Szwajcara. Biorąc pod uwagę ambicję Serba, można być pewnym, że mimo niemal 40 lat na karku, w przyszłym sezonie zrobi wszystko, by ten rekord również należał do niego.
Djoković znowu ponad legendami. Słodko-gorzki finisz sezonu serbskiego mistrza
Temat emerytury Novaka Djokovicia powraca w mediach jak bumerang od dobrych dwóch lat. Wraz z powolnym wygaszaniem karier przez Rogera Federera i Rafaela Nadala, kibice tenisa mimowolnie szykują się na zamknięcie pewnej epoki. Jednak mimo spekulacji, a czasem nawet sugestii płynących z obozu samego Serba, ostatnie osiągnięcia tenisisty z Belgradu dobitnie świadczą o tym, że czas pożegnania jeszcze nie nadszedł. Mimo zbliżających się 39. urodzin, Djoković wciąż potrafi pisać historię na nowo, zostawiając swoich odwiecznych rywali w tyle.
Cień kontuzji i trudna rywalizacja z młodym pokoleniem
Końcówka sezonu 2025 nie potoczyła się po myśli lidera rankingu wszech czasów. Wycofanie się z turnieju Nitto ATP Finals z powodu urazu barku było bolesnym ciosem, uniemożliwiającym walkę o kolejne trofeum w Turnieju Mistrzów. Patrząc szerzej na minione miesiące, widać wyraźnie, że wiek momentami daje o sobie znać, a napór młodej gwardii jest coraz silniejszy.
Analiza wyników z ostatnich sezonów pokazuje, jak zacięta stała się rywalizacja na szczycie. Porażka w finale US Open 2025 z Carlosem Alcarazem czy wcześniejsza przegrana w decydującym starciu Wimbledonu z Jannikiem Sinnerem (3:0) to sygnały, że nowa generacja nie ma kompleksów wobec mistrza. Również na kortach Roland Garros Sinner okazał się zaporą nie do przejścia, a rok wcześniej w Paryżu triumfował Alcaraz. Mimo tych bolesnych lekcji i fizycznych ograniczeń, Djoković wciąż potrafi znaleźć w sobie rezerwy, by dokonywać rzeczy niemożliwych.
Nowy rekord „Wielkiej Trójki”
W cieniu problemów zdrowotnych Djoković zanotował osiągnięcie, które cementuje jego pozycję w dyskusji o tytuł najlepszego tenisisty w historii (GOAT). Serb po raz szesnasty w karierze zakończył sezon w czołowej czwórce rankingu ATP. To wynik bez precedensu. Do tej pory dzielił ten rekord z Federerem i Nadalem – obaj legendarni gracze finiszowali w Top 4 piętnastokrotnie. Teraz Djoković jest w tej statystyce samodzielnym liderem.
Warto przyjrzeć się strukturze tego wyczynu. Aż osiem razy Serb kończył rok jako lider rankingu światowego, co samo w sobie jest osobnym rekordem. Jego obecność w ścisłej czołówce to historia niesamowitej regularności, która rozpoczęła się jeszcze w 2007 roku (3. miejsce) i trwała przez kolejne dekady, obejmując dominację w latach 2011-2015 czy powroty na szczyt w sezonach 2018, 2020, 2021 i 2023. Nawet trudniejszy rok 2025, zakończony na 4. pozycji, jest dowodem jego niesłabnącej klasy.
Matematyka dominacji
Prześcignięcie Federera i Nadala w statystyce rankingowej to tylko kolejny element układanki. Djoković już wcześniej zdystansował rywali w kluczowych kategoriach: ma na koncie 24 tytuły wielkoszlemowe (wobec 20 Federera i 22 Nadala) oraz 40 zwycięstw w turniejach rangi Masters (Federer 28, Nadal 36). Co więcej, Serb jako jedyny w historii skompletował tzw. Career Golden Masters, wygrywając wszystkie dziewięć turniejów rangi Masters 1000. Co zupełnie niebywałe, dokonał tego dwukrotnie, podczas gdy jego wielcy oponenci nigdy nie osiągnęli tego pułapu nawet raz.
Pościg za setką i rekordem Federera
Choć sezon 2025 miał swoje gorzkie momenty, przyniósł też chwile chwały. Zwycięstwo w Genewie – gdzie w drodze po tytuł pokonał m.in. Huberta Hurkacza – było symbolicznym momentem, oznaczającym zdobycie setnego trofeum w karierze. Niedługo później, triumfując w Atenach, dołożył do gabloty tytuł numer 101.
W tej perspektywie cel na rok 2026 wydaje się jasny. Roger Federer zakończył karierę z licznikem 103 wygranych turniejów (Rafael Nadal zatrzymał się na 92). Djokoviciowi brakuje zaledwie dwóch zwycięstw, by wyrównać osiągnięcie Szwajcara. Biorąc pod uwagę ambicję Serba, można być pewnym, że mimo niemal 40 lat na karku, w przyszłym sezonie zrobi wszystko, by ten rekord również należał do niego.
Anyang Jung Kwan Jang przerywa serię zwycięstw Changwon LG Sakers
Koszykarze Anyang Jung Kwan Jang odnieśli swoje czwarte zwycięstwo w sezonie, pokonując na wyjeździe broniących tytułu mistrzowskiego Changwon LG Sakers i kończąc tym samym ich passę trzech wygranych z rzędu.
W środowym meczu sezonu zasadniczego Koreańskiej Ligi Koszykówki (KBL) 2025-2026, rozegranym w hali sportowej w Changwon, drużyna Anyang Jung Kwan Jang pokonała gospodarzy 70:62.
Przebieg spotkania
Dzięki tej wygranej, zespół z Anyang uniknął drugiej porażki z rzędu po niedawnej przegranej trzema punktami z Seoul Samsung Thunders. Z bilansem 4-2, Jung Kwan Jang umocniło się na trzecim miejscu w tabeli, stając się pierwszą drużyną w lidze, która osiągnęła cztery zwycięstwa. Na czele tabeli z wynikiem 3-1 znajdują się obecnie Busan KCC Egis i Wonju DB Promy. Dla LG Sakers, których seria zwycięstw została przerwana, był to drugi przegrany mecz w sezonie (bilans 3-2), co plasuje ich na czwartym miejscu, ex aequo z Suwon KT Sonicboom.
Dominacja od pierwszej kwarty
Już od pierwszych minut spotkania goście narzucili swój styl gry, przez niemal siedem minut pozwalając rywalom na zdobycie zaledwie dwóch punktów. Pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 25:12 dla Jung Kwan Jang, a jej kulminacyjnym momentem był rzut za dwa punkty Rhenza Abando równo z syreną końcową.
LG Sakers próbowali odrabiać straty, a pod koniec drugiej kwarty, dzięki poprawie w obronie i skutecznej grze Carla Tamayo, udało im się zmniejszyć różnicę do dziesięciu punktów (24:34) na 1 minutę i 26 sekund przed przerwą. Jednak celny rzut z dystansu Johnny’ego O’Bryanta ostudził zapał gospodarzy i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 39:26 dla gości. Kluczowy zawodnik LG, Assem Marei, mimo zebrania dziewięciu piłek, nie zdobył w tej części meczu ani jednego punktu, a skuteczność rzutów z gry całego zespołu wyniosła zaledwie 28%.
W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Przy stanie 45:35 dla Jung Kwan Jang, seria trzech celnych rzutów za trzy punkty – jednego O’Bryanta i dwóch Han Seung-hee – pozwoliła gościom na 3 minuty i 30 sekund przed końcem trzeciej kwarty powiększyć przewagę do 54:35. Po trzeciej kwarcie różnica wynosiła już ponad dwadzieścia punktów (62:41).
W ostatniej części spotkania obaj trenerzy dali szansę rezerwowym. Mimo że LG Sakers zdołali nieco zmniejszyć straty, między innymi dzięki celnym „trójkom” Choi Hyung-chana, nie miało to już wpływu na końcowy rezultat.
Klucz do zwycięstwa: solidna obrona
Decydująca okazała się znakomita gra obronna zespołu Jung Kwan Jang pod wodzą trenera Yoo Do-hoona. Zespół ten legitymuje się najlepszą defensywą w lidze, tracąc w pierwszych pięciu meczach sezonu średnio zaledwie 68,0 punktów. W meczu przeciwko LG, defensywa gości skutecznie zneutralizowała największe atuty mistrzów: Yu Gi-sanga (6 punktów), Yang Jun-seoka (7 punktów) oraz Assema Mareia, który zdobył tylko 2 punkty (choć zanotował 10 zbiórek), trafiając zaledwie jeden rzut z gry.
Wyróżniający się zawodnicy
W ataku drużyny z Anyang prym wiedli Rhenz Abando, który zdobył 18 punktów, oraz Han Seung-hee z dorobkiem 16 punktów. Johnny O’Bryant dołożył double-double, notując 14 punktów i 11 zbiórek.
Wśród gospodarzy najskuteczniejszy był Carl Tamayo, zdobywca 19 punktów, jednak jego występ przyćmiła słaba skuteczność rzutów wolnych (zaledwie 2 trafione na 8 prób).
Walka o tron w kobiecym tenisie: Świątek depcze po piętach Sabalence
Rywalizacja na szczycie rankingu WTA nabiera rumieńców. Iga Świątek, po serii znakomitych występów, konsekwentnie zmniejsza dystans do liderującej Aryny Sabalenki. Ostatnie wyniki obu zawodniczek zwiastują emocjonującą końcówkę sezonu, w której stawką jest pozycja numer jeden na świecie.
Zwycięska passa Igi Świątek
Polska tenisistka utrzymuje znakomitą formę, co potwierdziła w swoim ostatnim spotkaniu, pokonując Kamillę Rachimową 2:0 (6:4, 7:6 (8-6)). To zwycięstwo jest kontynuacją jej imponującej passy w ostatnich miesiącach. Po triumfie na Wimbledonie, Świątek sięgnęła po tytuły w Cincinnati i Korea Open, co pozwoliło jej awansować na drugie miejsce w rankingu, wyprzedzając Amerykankę Coco Gauff. Teraz jej głównym celem jest powrót na szczyt i zdetronizowanie obecnej liderki.
Aryna Sabalenka i jej pozycja liderki
Na czele rankingu wciąż znajduje się Aryna Sabalenka. Białorusinka, opisywana przez byłą zawodniczkę Garbine Muguruzę jako „idealna osobowość na numer jeden na świecie”, jest siłą, z którą trzeba się liczyć. Specjalizuje się w dalekich awansach w turniejach wielkoszlemowych, co udowodniła, wygrywając US Open. Jednak jej dominacja została ostatnio zachwiana. Podczas turnieju Wuhan Open, gdzie do tej pory mogła pochwalić się serią zwycięstw, jej passa została przerwana w półfinale przez Jessicę Pegulę.
Podejście mentalne obecnej liderki
Mimo rosnącej presji ze strony Świątek, Sabalenka zachowuje spokój. W niedawnej rozmowie z mediami przyznała, że nie skupia się obsesyjnie na utrzymaniu pierwszej pozycji. „Nie myślę codziennie o utrzymaniu swojego miejsca” – wyznała. Dla niej najważniejszy jest rozwój. „Chodzi o to, by ulepszać swoją grę, stawać się lepszą we wszystkim, a potem wyjść na kort i rywalizować, traktując to jako sprawdzian, czy trenowałam wystarczająco ciężko”. Podsumowała, mówiąc: „Uwielbiam patrzeć na to w ten sposób. To mnie naprawdę motywuje i myślę, że dlatego jestem gotowa do walki każdego dnia”.
Sytuacja w rankingu i walka o punkty
Obecna sytuacja na liście rankingowej jest niezwykle interesująca, zwłaszcza biorąc pod uwagę dorobek punktowy obu zawodniczek. Białorusinka zgromadziła 10 400 punktów. Mimo że po turnieju w Wuhan straciła punkty za nieobronienie tytułu, to za dotarcie do półfinału otrzymała 390 punktów. Z kolei Iga Świątek, dzięki awansowi do ćwierćfinału w tym samym turnieju, powiększyła swój dorobek do 8 768 punktów. Różnica między nimi wynosi obecnie 1 632 punkty. Sabalenka jest świadoma, że Polka nie potrzebuje wiele czasu, aby odrobić straty, dlatego będzie musiała wzmocnić swoją pozycję kolejnym tytułem i powrócić na zwycięską ścieżkę.
Wielka Wystawa Formuły 1 Powraca do Niemiec
Po ogromnym sukcesie w Madrycie, Wiedniu, Toronto, Londynie, Amsterdamie i Buenos Aires, gdzie przyciągnęła ponad milion zwiedzających, międzynarodowa wystawa Formuły 1 oficjalnie zawita do Niemiec. Kolejnym przystankiem tej nagradzanej ekspozycji, poświęconej królowej sportów motorowych, będzie Oberhausen. Oficjalne otwarcie zaplanowano na 22 października.
Organizatorzy informują, że przygotowanie i realizacja wystawy zajęły ponad pięć lat. Na powierzchni ponad 3000 metrów kwadratowych, w siedmiu specjalnie zaprojektowanych salach tematycznych, goście będą mogli zanurzyć się w fascynujący świat F1. Projekty poszczególnych stref powstały we współpracy z uznanymi kuratorami, artystami i filmowcami, co gwarantuje niezapomniane wrażenia.
Historia Sportu na Wyciągnięcie Ręki
Wystawa łączy w sobie nigdy wcześniej niepublikowane materiały wideo, dźwiękowe i fotograficzne, ikoniczne bolidy, unikalne eksponaty oraz rozbudowane instalacje. Dzięki licznym technologiom interaktywnym i immersyjnym zwiedzający poczują się jak część tego elitarnego świata.
„Jesteśmy niezwykle podekscytowani, mogąc sprowadzić wystawę F1 do Niemiec. Od naszej pierwszej edycji w Madrycie, ekspozycja cieszy się ogromnym powodzeniem w każdej lokalizacji” – powiedziała CCO Emily Prazer. „Niemcy to kluczowa część historii tego sportu, z legendarnymi torami, takimi jak Nürburgring, oraz wielkimi mistrzami, jak Michael Schumacher i Sebastian Vettel, których dziedzictwo jest wciąż żywe. Nie możemy się doczekać, aby niemieccy fani mogli jeszcze głębiej zanurzyć się w świecie F1 i dowiedzieć się więcej o sporcie, który kochają.”
Ekspozycja powstała przy udziale czołowych zespołów i kierowców F1, zarówno z przeszłości, jak i teraźniejszości. Oferuje unikalne spojrzenie na historię sportu, łącząc spektakularny design audiowizualny z mało znanymi faktami i wyjątkowymi obiektami. Wśród atrakcji znajdzie się galeria niepublikowanych dotąd zdjęć, filmów i artefaktów oraz wywiady z najważniejszymi postaciami, które przeprowadzą zwiedzających przez kluczowe momenty w historii F1.
Od Kultowych Pojedynków po Innowacje Technologiczne
Specjalna strefa „Kierowcy i Pojedynki” poświęcona jest legendarnym zawodnikom i niezapomnianym momentom od narodzin F1 w 1950 roku. Jej centralnym punktem jest imponująca ściana z blisko setką kasków, a także interaktywne gry i unikalna kolekcja pamiątek historycznych.
Kolejna część wystawy skupia się na innowacyjności i geniuszu inżynieryjnym, które napędzają rozwój Formuły 1. Zwiedzający dowiedzą się, jak zespoły projektują i produkują nowe komponenty do swoich pojazdów, przesuwając granice technologii.
Ważnym i poruszającym elementem ekspozycji jest strefa poświęcona tragicznemu wypadkowi Romaina Grosjeana w Bahrajnie w 2020 roku. Wystawiono tam szczątki jego bolidu Haas oraz instalację wideo z niepublikowanymi wywiadami i nagraniami z wypadku. To miejsce stanowi hołd dla ciągłego postępu w dziedzinie bezpieczeństwa kierowców.
Specjalna Sekcja dla Niemieckiej Historii F1
Organizatorzy przygotowali również ekskluzywną przestrzeń poświęconą znaczącemu wkładowi Niemiec w Formułę 1. Sekcja ta celebruje ikoniczne momenty z toru Nürburgring, oddaje hołd legendarnym kierowcom, takim jak Michael Schumacher i Sebastian Vettel, a także podkreśla rolę wybitnych niemieckich kobiet, które miały kluczowy wpływ na sukces i popularność F1 w tym kraju.
Na zakończenie zwiedzania na gości czeka „PIT WALL” – immersyjne doświadczenie multimedialne, które ożywia największe i najbardziej emocjonujące momenty w historii F1. Dodatkowo, każdy będzie mógł spróbować swoich sił za kierownicą nowoczesnego symulatora F1 i pokonać perfekcyjne okrążenie na legendarnym torze Red Bull Ring w Austrii.
Niepewna Przyszłość w Zespole Alpine
W świecie Formuły 1 nie brakuje jednak również napięć. Po rozczarowującym weekendzie na torze Monza, przyszłość kierowcy Franco Colapinto w zespole Alpine stanęła pod znakiem zapytania. Słabe osiągi zespołu na szybkim włoskim torze były do przewidzenia, ponieważ silnikowi Renault brakowało mocy, by nawiązać walkę z czołówką.
Insider „Sky Sports”, Ted Kravitz, zasugerował możliwość przedwczesnego zakończenia współpracy z 22-letnim kierowcą. „Wyglądał na wyczerpanego, ale ma nadzieję, że w Azerbejdżanie pójdzie mu lepiej, ponieważ już zdobywał tam punkty. Mamy nadzieję, że zobaczymy go w Baku, nie ma powodu, by miało być inaczej” – stwierdził Kravitz, dodając jednak zdanie, które wywołało falę spekulacji: „Ale w Formule 1 nigdy nic nie wiadomo”.
Mimo tych doniesień, obecnie niewiele wskazuje na to, by zespół Alpine podjął decyzję o zwolnieniu Colapinto przed końcem sezonu. Najprawdopodobniej zespół planuje dać mu szansę na dokończenie rywalizacji w bieżącym roku. Sytuacja pozostaje jednak dynamiczna, co po raz kolejny dowodzi, że świat Formuły 1 jest pełen nieprzewidywalnych zwrotów akcji.